Od blisko 20 lat podróżuje po całym świecie, omijając miejsca pełne turystów i szukając własnych dróg, których nie ma na mapach. Od kilku lat eksplorowanie egzotycznych krajów stało się jego sposobem na życie i zarabianie. Najbliższe dwa miesiące Mirosław Łabuz spędzi na Islandii, gdzie czeka już na niego Mercedes-Benz MB100, którym zamierza podróżować po wyspie.   
 

Na swoje pierwsze wyprawy jeździł niewielkim Fordem Fiesta z silnikiem 1.1 wyposażonym w instalację gazową. W roku 2001 dotarł nim do Maroka, rok później do Algierii, a w 2005 r. wzorem najszybszych off-roaderów na świecie przejechał na kołach do stolicy Senegalu, Dakaru. Afrykę odwiedzał jeszcze wielokrotnie (m.in. w 2012 r. na motocyklu), najczęściej bywając w Kamerunie, gdzie w zamian za ofiarowaną przez siebie pomoc otrzymywał gościnę w jednym z sierocińców. W Stanach Zjednoczonych mieszkał przez blisko dekadę, co pozwoliło mu objechać samochodem i motocyklem całą Amerykę – od Argentyny po Alaskę. Ostatnie lata spędził na wschodzie, głównie na terenie Gruzji i Armenii, pełniąc rolę biura podróży, animatora wycieczek, kierowcy off-roadowego, mechanika i kucharza... w jednej osobie. - Nie potrzebuję reklamy i rozgłosu – mówi. – Wieści o organizowanych przeze mnie wyprawach rozchodzą się pocztą pantoflową, a każdy, kto zdecyduje się skorzystać z moich usług, wie, że czekają go wakacje „na każdą kieszeń”, których nie da się kupić u zwykłego touroperatora. Zamiast pięciogwiazdkowego hotelu oferuję 8-osobowego, leciwego vana, którym podróżujemy do miejsc nieopisanych w żadnym przewodniku. W ubiegłym roku dotarliśmy na przykład do zestrzelonego w czasie wojny czeczeńskiej helikoptera Mi-8, którego wrak leży wysoko w górach, z dala od cywilizacji, nieopodal wioski  zamieszkanej przez trzy gruzińskie rodziny. Korpus maszyny służy im teraz jako... owczarnia.
        
Bliski kontakt z przyrodą i rdzennymi mieszkańcami, nieskażone chemią jedzenie i zapomniane   zapachy to główne walory wypraw organizowanych przez „Mirmiła”, który – jak sam mówi – do Gruzji mógłby pojechać tylko po to, by nasycić się ucztą skomponowaną z tamtejszych specjałów: chleba, sera, pomidorów, cebuli i wina. - Tam wszystko jest proste, pachnące i naturalne! – zachwyca się. –  To dla mnie pełnia szczęścia, której nie da się nigdzie kupić.

Niełatwo dziś stać się również właścicielem Mercedesa-Benz MB100, którym w czasie ostatnich dwóch lat Mirosław Łabuz pokonał 40 tysięcy kilometrów, zwiedzając między innymi Armenię, Karabach, Gruzję, Ukrainę i Bałkany. 21-letni dziś pojazd o przebiegu 220 tysięcy kilometrów wcześniej pełnił rolę szkolnego autobusu w Niemczech, a następnie rodzinnego kampera. Podróżnikowi ten właśnie model auta wpadł w oko podczas pobytu w Afryce, gdzie wciąż cieszy się on dużą popularnością ze względu na swą praktyczność, trwałość i prostotę konstrukcji. 
 
MB100 może zabrać w podróż osiem żądnych przygód osób. Z przodu zamontowane są dwa fotele, które przedziela komora silnika. W części środkowej kabiny znajdują się dwie trzyosobowe ławki, na których pasażerowie siedzą zwróceni do siebie twarzami. Z tyłu mieści się jeszcze platforma do spania o wymiarach 160 x 195 cm, na której przenocować mogą trzy osoby (dwie inne, o ile nie są zbyt wysokie, spać mogą na wspomnianych wcześniej ławkach). Reszta załogi korzysta z noclegu pod namiotem. Samochód przewozi ponadto bagaż wszystkich podróżników (dużo miejsca jest zwłaszcza pod platformą noclegową), kuchenkę gazową i zapas wody pitnej.  

Mercedes choć pełni rolę auta wyprawowego, nie posiada w odwodzie napędu na cztery koła, a nawet wyciągarki. A mimo to nie zawodzi. - Wysoki prześwit i duże koła pozwalają mi bez strachu jechać po niewyasfaltowanych, dziurawych drogach – wyjaśnia Mirosław Łabuz. – Gdy sytuacja staje się niepewna, pasażerowie czasem wysiadają, a w ostateczności (co rzadko się zdarza) pomagają wypchnąć pojazd z pułapki. Taki jest urok (i dodatkowa atrakcja) moich wypraw.

Za troskę właściciela i nowe życie po latach spędzonych w szkolnym kieracie MB100 odwdzięcza się bezawaryjnością, zostawiając (dosłownie) w polu młodszych, naszpikowanych elektroniką rywali. Jego piętą achillesową są łożyska, które należy regularnie kontrolować i smarować, a także niezbyt mocne hamulce. Mercedes nigdy jednak nie zawiódł całkowicie – udało się go uruchomić nawet na Ukrainie, przy 25-stopniowym mrozie, gdy w jego przewodach zamarzła kiepskiej jakości ropa. Nieduża moc i spore gabaryty wymagają przyzwyczajenia i cierpliwości w czasie długich tranzytów, ale czymże to jest wobec faktu, że Mercedes – jeśli mógłby liczyć na stałą dostawę paliwa – przywodzi na myśl... perpetuum mobile, bowiem jego silnik potrafi pracować nawet bez akumulatora! - To samochód nie do zatrzymania! – mówi z przekonaniem podróżnik, który nie wahał się, by wysłać go promem na Islandię, gdzie będzie woził turystów przez najbliższe dwa miesiące. 

Islandia położona na granicy Morza Arktycznego i Oceanu Atlantyckiego stała się ostatnimi laty bardzo popularna wśród turystów, którzy odwiedzają ją, spodziewając się pięknych widoków na wodospady i wulkany, oraz kąpieli w gorących jeziorach. Po wyspie wożą ich nowoczesne terenówki i busy, wśród których, nawiasem mówiąc, prym wiodą Mercedesy Sprinter na 33-calowych kołach. Kanciasty MB100 nie zamierza rywalizować z nimi o wolne miejsca na zatłoczonych parkingach położonych w pobliżu największych atrakcji, mając w zanadrzu podobne, a nawet ciekawsze lokalizacje nieskażone jeszcze komercją. - Czasem na naszej drodze są przejazdy przez rzeki, które pokonuję pewny tego, że woda nie zaleje elektroniki, bo tej w naszym aucie... po prostu nie ma! – śmieje się Mirosław Łabuz. – A jeśli naleje się do środka, to później się wyleje, a parę rzeczy trzeba będzie wysuszyć podczas biwaku. Moi „klienci” to akceptują, są gotowi, by przeżyć przygodę podczas niestandardowych wakacji. Ufają mi, bo wiedzą, że znam kraj (lubię nie być uzależniony od wskazań GPS-u), orientuję się, którędy jechać, i kojarzę, gdzie można smacznie i tanio zjeść. 

Islandia jest miejscem przeznaczenia vana należącego do „Mirmiła”, który postanowił nie sprowadzać go już z powrotem do Polski (koszt promu dorównuje wartości pojazdu). Ale zanim go sprzeda bądź – odpukać! – zezłomuje, zamierza nim przejechać całą wyspę wzdłuż i wszerz. - Z marką Mercedes na pewno się nie pożegnam – mówi. – Moim marzeniem jest wyprawa dookoła Afryki, gdzie MB100 sprawdziłby się znakomicie...

fot. archiwum Mirosława Łabuza